W drodze na fiord Doubtful Sound
Ostatnią noc ponownie spędziliśmy w Qeenstown. Stamtąd udaliśmy się nad jezioro Manapouri. Jest to najpiękniejsze jezioro w całej Nowej Zelandii. Legenda głosi, że powstało ono z łez dwóch córek lokalnego wodza. Nazwa pochodzi z języka Maorysów, a oznacza "Jezioro smutnego serca".
Widoki na jeziorze Manapouri
Jezioro pokonaliśmy niewielkim stateczkiem. Trochę czasu to zajęło. Część z nas korzystała ze słońca na górnym, otwartym pokładzie. Wiatr był tak przyjemny, że działalność słoneczka nie dawała się we znaki. Nie można jednak zapominać o ochronie przeciwsłonecznej. Mam na myśli głównie kremy z filtrem ze względu na dziurę ozonową, która jest między innymi nad Nową Zelandią i Australią.
Jak powiadają tutejsi mieszkańcy: "only creazy europeans are using filters below 30" co oznacza dosłownie, że
"tylko szaleni europejczycy używają kremów z filtrem poniżej 30".
Chwila odprężenia na górnym pokładzie statku
Dotarliśmy do West Arm gdzie przesiedliśmy się w jeden z autokarów. Autokar ten przetransportował nas przez przełęcz Wilmot. Jest to jedyny środek transportu w stronę fiordu i prowadzi on jedyną trasą łączącą West Arm z przystanią na Doubtful Sound.
Gdzieś w połowie trasy, gdy wjechaliśmy na wyniosłość drogi, oczom naszym ukazał się urzekający widok - na zdjęciu poniżej. Niesamowite przeżycie, gdy cały autobus równocześnie wypowiada to samo: "WoooooW!". Nieskażona dzika przyroda Nowej Zelandii - to było właśnie to czego oczekiwaliśmy. Żałuję, że nie udało mi się zrobić lepszego zdjęcia, nie było na to zbyt wiele czasu. Kierowca bowiem zatrzymał się na 2 minutki by się pomodlić za bezpieczną dalszą część podróży, która była już tylko z góry. I to całkiem stromej, zwłaszcza dla autobusu.
Pierwsze spojrzenie na fiord Doubtful Sound
Jeżeli ktoś by się zastanawiał, w jaki sposób te autobusy tam legalnie funkcjonują, zwłaszcza, że w Nowej Zelandii bardzo zwraca się uwagę na przepisy i bezpieczeństwo. Otóż autobusy mają regularne przeglądy. Trzeba by jednak autobusy przewozić barkami, co niespecjalnie by się opłacało. Dlatego też, na przeglądy przyjeżdżają mechanicy z najbliższych miast.
Gdy dotarliśmy na miejsce,
Fiordland Navigator już na nas czekał.
Relaks na kajakach
Jedną z atrakcji przygotowanych przez
Real Journeys dla pasażerów statku były kajaki. Jednoosobowe, bardzo zwinne, ale również bardzo wywrotne - jeden z naszych kolegów szybko się orzeźwił :-) Dla osób preferujących coś bezpieczniejszego przewidziana była przejażdżka motorówką - wszyscy co skorzystali z tej opcji bardzo się wynudzili. Na kajakach było rewelacyjnie - możliwość pomoczenia nóg w ciepłej wodzie bezcenna, zwłaszcza w marcu :-)
Obsługa statku zapewniała nam rozrywkę
Po kajakach obsługa statku zafundowała nam skakanie do wody z pokładu Navigatora. To dopiero była zabawa! Skok był do wody pozornie ciepłej, ale to co wypływało spod statku wykręcało kostki :-)
Powoli ukazywało się morze Tasmana
W międzyczasie na horyzoncie było już widać powoli morze Tasmana. Po kąpieli należało się wysuszyć i podziwiać widoki na pokładzie widokowym. W sumie miał ze 3-4 pokłady do dyspozycji gości, których był w stanie zabrać łącznie ok. 70. Oprócz otwartych pokładów, była też przeszklona sala obserwacyjna oraz restauracja.
Jedno z ramion fiordu Doubtful Soound
Co jakiś czas mogliśmy podziwiać widoki bocznych odnóg fiordu, które były równie urzekające. Myślę, że warto by było się wybrać na tego typu wycieczkę niewielkim jachtem na co najmniej tydzień. Można by się wyciszyć i naprawdę odpocząć.
Foki wygrzewające się u wrót fiordu
Jednym z trzech gatunków zwierząt jakie można spotkać na tym fiordzie są foki. Te spotkać możemy na krańcu naszego rejsu, wygrzewające się na skałach oddzielających nas od morza Tasmana. Dalej statek nie płynie, w tym miejscu zawraca.
Skały oddzielające fiord od morza Tasmana
To właśnie tutaj poznałem Wolfganga. Jest to młody człowiek, można by rzec, że sąsiad - bo z Niemiec. Bez większych trudów dogadaliśmy się po angielsku.
Okazuje się, że Wolfgang jest w podróży od półtora roku! Co więcej, planuje kontynuować swoją podróż jeszcze przez co najmniej rok. Porozmawialiśmy trochę o miejscach, które odwiedził - np. właśnie przyleciał z Dubaju :-) W planach ma teraz Australię, a potem odwiedzi Indie. Zaliczył też mój wymarzony Wietnam - tylko pozazdrościć.
Krajobraz Fiordland National Park o zachodzie słońca
Gdy spytałem Wolfganga, o miejsce, które by wskazał jako pierwsze z miejsc w których był, to które warto odwiedzić przede wszystkim, bez większego namysłu odpowiedział, że właśnie tu jesteśmy.
Skały oddzielające fiord Doubtful Sound od morza
Słońce już powoli zachodziło i zaczynało robić się chłodno. W Nowej Zelandii nie ma komarów. Są za to bardzo wredne muszki. Na ile wredne? Ciężko mi jeszcze powiedzieć. W tej chwili gdy piszę to 4 tygodnie od tego rejsu, cały czas mnie swędzi ręka w miejscu, w którym mnie taka muszka ugryzła właśnie na fiordach. Na pewno dam znać, gdy tylko ugryzienie zniknie ;-)
Przestronne wnętrze kajuty na pokładzie statku Fiordland Navigator
Po zachodzie należało się cieplej ubrać więc wróciłem do naszej luksusowej kajuty ;-) Jak widać na fotce, nie zachęcała ona do przesiadywania. I dobrze, bo gdy statek zapuścił kotwice i zrobiło się ciemno, ponownie było widać spektakularne, gwieździste niebo nad południową półkulą. Aż żal było schodzić z pokładu widokowego.
Poranek na statku
O świcie statek ruszył w drogę powrotną. Hałasy zapowiadane na godzinę 7:00 pojawiły się 30 minut wcześniej :-) Widoki były zupełnie inne. Pojawiły się chmury, bardzo niskie, prawie jak mgła. Cały fiord przykryty był białą kołderką.
W drodze powrotnej
Po śniadaniu wszyscy poszliśmy na pokład wypatrywać pingwinów. Pingwiny owszem były, niewiele bo tylko dwa. I nie dość, że było ich mało to jeszcze były daleko :-( Można by więc uznać, że pingwinów nie było ;-)
Wolfgang robiący pamiątkowe zdjęcie
Na górnym pokładzie spotkałem ponownie Wolfganga. Czy wspominałem już, że Wolfgang podróżuje samotnie od czasu do czasu chwytając się jakiejś roboty. Myślę, że powinien zaopatrzyć się w aparat z obiektywem typu rybie oko, dzięki czemu mógłby sobie sam zawsze i wszędzie zrobić zdjęcie.
Górzyste tereny otulone chmurami
Chmury delikatnie spowijały się między porośniętymi pagórkami tworząc tajemnicze widoki prawie jak z filmów.
Niskie chmury nad fiordem
Tutaj pani Kapitan wyłączyła silniki, muzyczkę i poprosiła, aby nikt się nie przemieszczał, nikt nie rozmawiał. Nastała cisza. Po chwili było słychać odgłosy natury. Śpiewające ptaki, szum wiatru, odgłosy natury - pozostało tylko zamknąć oczy i zasnąć. W oddali było widać niewielką łódeczkę - pewnie ktoś zmęczony życiem w pośpiechy sobie tutaj odpoczywa.
Już wczoraj Delfiny dotrzymywały nam towarzystwa, niestety chwilowo nie miałem aparatu przy sobie. Dziś cały dzień wypatrywałem ich z ubłaganiem i z aparatem przyklejonym do ręki. Są! Nadpłynęły! I to całą gromadką!
Delfiny butlonose towarzyszyły nam przez pare minut
Jak widać na zdjęciu, delfiny butlonose towarzyszą nam całą rodziną - są cztery dorosłe oraz jeden młodziutki delfinek.
Delfin płynący przed statkiem
Najpierw były przed dziobem statku, tłok był taki, że z trudem wcisnąłem aparat w tłum, ale udało się, pare fotek z ręki strzelonych. Po chwili zniknęły. Zdążyłem, uff...
Akrobacje delfinów
I słychać jakieś okrzyki, są tutaj, są tutaj. I były - płynęły teraz z boku statku. Szybka zmiana obiektywu jedną ręką, a drugą kręciłem już filmik na Youtube'a ;-) Cośtam nawet wyszło, chociaż kiepski ze mnie filmowiec.
Fiord Doubtful Sound przykryty białą kołderką
Chwilę po delfinach okazało się, że już prawie jesteśmy na miejscu. Wszyscy gotowi i spakowani sprawnie przemieścili się do autobusu. Z autobusu zrobiłem zdjęcie prawie w tym samym miejscu gdy w pierwszą stronę widok powalił nas na kolana. Teraz widać, że tego dnia nie było szans na słońce. Taka pogoda podobno często tam występuje, a my mieliśmy sporo szczęścia, bo jeszcze rano przed naszym przyjazdem było podobnie.
Szkoda, że tak krótko
Autokar przewiózł nas z powrotem do przystani nad jeziorem Manapouri, skąd przez jezioro ponownie przeprawiliśmy się niewielkim stateczkiem. Szkoda, że trwało to tak krótko. Podsumowując fiord Doubtful Sound, jest to z pewnością jedno z miejsc na Ziemi, które naprawdę warto zobaczyć. To jest właśnie Nowa Zelandia, jaką sobie wyobrażałem przed wyjazdem.
A inne fiordy? Myślę, że również warto je zobaczyć.
Adres e-mail*:
Treść komentarza*: