Nowa Zelandia 2010
- Podróż do Nowej Zelandii Dzień I-II
- Christchurch Dzień III
- Lot balonem Dzień IV
- Goldfields Mining Centre Dzień V
- Queenstown Dzień VI
- Queenstown - Shotover Dzień VI
- Doubtful Sound Dzień VII-VIII
- Rotorua - Te Puia Dzień IX
- Lady Knox Dzień X
- Wai-O-Tapu Dzień X-XI
- Tongariro National Park Dzień X-XI
- Auckland Dzień XI
- On the Edge Dzień XII
- Soplica Kauri Dzień XIII
- Powrót do domu Dzień XIV
Albumy
- No to może Wietnam? Azja 2012
- Kraje byłej Jugosławii Eurotrip 2011
- Weekendowy wypad do Kopenhagi Maj 2011
- Zajezdnia remontowa SKM Gdynia
- Asia i Jakub Fotografia ślubna
- Podróż do Nowej Zelandii Nowa Zelandia 2010
- Klatka schodowa starej kamienicy Architektura
- Andrzej i Ola Fotografia ślubna
- Porsche 911 Carrera Motoryzacja
- Honda CBR600 RR Motoryzacja
- Anna i Mariusz Fotografia ślubna
Tongariro National Park
Nowa Zelandia 2010Dzień X-XI
W drodze do obozowiska zatrzymaliśmy się nad rzeką gdzie chętni mogli skorzystać z atrakcji przymocowanych nad urwiskiem. Mowa tutaj o Bungee oraz o gigantycznej huśtawce.
Widok był imponujący, a platforma lekko przerażająca. Nawet nie chcę wiedzieć jaki był widok w dół. Obsługa dbała o bezpieczeństwo uczestników, najpierw przypinali siebie pasami, potem dopiero wchodzili zainteresowani.
Wśród nas, na Bungee znalazł się tylko jeden śmiałek. Męstwo Ryśka, tudzież nasz przegrany zakład opiliśmy wieczorem. Atrakcja ta, jak większość atrakcji w Nowej Zelandii kosztowała 109 NZD, a zdjęcia i filmiki z tej imprezki dodatkowe 89 NZD.
Pod wieczór dojechaliśmy do Tongariro National Park i zatrzymaliśmy się w obozowisku bardzo małych domków, dosłownie na wzór domków chińskich poszukiwaczy złota. Teoretycznie z obozowiska powinniśmy podziwiać budzący respekt widok trzech wulkanów. To m.in. tutaj Peter Jackson kręcił trylogię Władcy Pierścieni. Szkoda tylko, że pogoda się nam popsuła i nic nie było widać :-(
Tak wyglądały domki w obozowisku. Były dwu, a na upartego trzy osobowe :-) W samym ośrodku było bardzo sympatycznie, ale w domkach wielkości większego Toi-Toia dłużej niż jedną noc bym raczej nie wytrzymał.
O poranku wyruszyliśmy w dalszą drogę, do Auckland. Przez chmury udało nam się zobaczyć jeden z trzech wulkanów, pozostałe musieliśmy oglądać na zdjęciach.
Po drodze zatrzymaliśmy się przy jaskiniach Waitomo, słynnych ze świecących larw, które jak wiszą na sklepieniach jaskini, wyglądają jak rozgwieżdżone niebo. Robaczki faktycznie były fajne, świeciły na zielono. Jaskinię najpierw zwiedzało się pieszo, a następnie łodziami.
O tym miejscu chciałbym powiedzieć kilka dobrych słów, ale wychodząc z jaskini czułem niesmak. Chodzi mi o bezwzględny zakaz robienia zdjęć - jak twierdzili przewodnicy ze względu na nasze bezpieczeństwo i na larwy robaczków, którym światło lampy błyskowej szkodzi. Nasze bezpieczeństwo - jak to ładnie brzmi. Zakaz był rygorystycznie egzekwowany - za każdym razem, gdy ktoś robił zdjęcie lub kręcił film, przewodnik go upominał - nawet wtedy, gdy zdjęcie było robione bez lampy. Mało tego, gdy nie zauważył tego nasz przewodnik, podbiegał drugi z innej grupy z wielkim oburzeniem bardzo się czepiając. Wszystkie te zakazy wydawały by się być w porządku, gdyby nie to, że gdy wypływaliśmy łodzią z jaskini to zostaliśmy oślepieni serią fleszy potężnej mocy. Flesze te docierały wgłąb jaskini bez problemu - było je widać znacznie wcześniej. Więc po co ta szopka? A bezpieczeństwo - tam to raczej każdy potrafi zadbać o swoje.










Adres e-mail*:
Treść komentarza*: